
TUNEL KOLEJOWY POD MASYWEM WOŁOWCA
Schlesische Gebirgsbahn czyli
Śląska Kolej Górska, jej budowa rozpoczęła się w 1865 roku i było to niezwykle ambitne
a zarazem karkołomne jak na owe czasy przedsięwzięcie Pruskich Kolei Królewskich. Linia
kolejowa którą docelowo zamierzano połączyć Zgorzelec z Wałbrzychem i Kłodzkiem
miała przecinać w wzdłuż praktycznie całe Sudety. Górska rzeźba terenu niezwykle
utrudnia realizacje podobnych inwestycji, z racji tego że pociągi nie są w stanie
pokonywać znacznych pochyłości to w takim terenie konieczna jest budowa licznych
nasypów, wiaduktów czy tuneli. Infrastruktura tego typu jest bardzo kosztowna i
znacznie zwiększa czas budowy, jednak rozbudowa sieci kolejowej była w owym czasie
bardzo ważna dla Prus. Wiązała się ona z realizacją głównych celów państwa polegających
na budowie potęgi gospodarczej poprzez rozwój przemysłu ciężkiego, który bez kolei
nie mógł wtedy praktycznie istnieć. Najpierw powstał odcinek łączący Zgorzelec z
Jelenia góra i Wałbrzychem, jego budowa zakończyła się w 1867 roku, tak więc przeszło 140
km linii kolejowej powstało w zaledwie 2 lata(!). Na kontynuacje przedsięwzięcia
zdecydowano się dopiero po upływie prawie dekady, prace przy odcinku linii mającej
połączyć Wałbrzych z Nową Rudą i Kłodzkiem rozpoczęto dopiero w 1876 roku. Mimo że
planowano tu tor o długości zaledwie 51km teren, w którym miał on przebiegać był znacznie
trudniejszy. Budowniczy byli zmuszeni wykonać tutaj 8 wiaduktów, 2 mosty i 3 tunele
o łącznej długości 3150m w tym najdłuższy na całej trasie tunel pod Wołowcem Małym o
długości 1601m. Ostatecznie budowę zakończono w październiku 1880 roku, jednak nie był to
koniec historii tego przedsięwzięcia. Pierwotnie linia powstała jako jednotorowa
jednak z biegiem lat jej przepustowość okazała
się niewystarczająca i w latach 1907-1912
na odcinku z Wałbrzycha do Kłodzka ułożono drugi tor. Podczas tych prac najwięcej
trudności przysporzyły tunele kolejowe które były jednotorowe, ten problem postanowiono
rozwiązać poprzez wydrążenie siostrzanych tuneli równolegle do tych już istniejących.
Podobnie postąpiono w przypadku tunelu pod Wołowcem, obecnie składa się on z dwóch
jednotorowych, prostych nitek przebiegających od siebie w odległości około 20m.
Budowę pierwszej z nich rozpoczęto w sierpniu 1876 roku, prace prowadzono równolegle od
strony Wałbrzycha i Jedliny drążąc dwie sztolnie na zbicie. Do ich połączenia doszło
w lutym 1879 roku, wyrobisko początkowo z obu stron przecięło warstwy skał osadowych
jednak jego główna część powstała w wytrzymałych porfirach, z których w znacznej części
zbudowany jest Masyw Wołowca (plan nr 1). Dodatkowo w połowie długości tunelu powstał szyb
wentylacyjny o głębokości około 100m z zabudowaną klatką schodową, miał on za zadanie
odprowadzać spaliny podczas przejazdu pociągu i służyć jako droga ucieczkowa. Tunel ma
przekrój eliptyczny o wymiarach około 4,5 x 5,5m a jego obudowę stanowią głównie bloki
piaskowca. Jako ciekawostkę można dodać, że od zewnętrznej strony obudowa jest szczelnie
pokryta warstwą blachy ołowianej która izoluje ją od nawodnionego górotworu. Druga, północna nitka
powstała na początku XX w. podczas przebudowy linii na dwutorową. Jest to budowla bardzo
podobna do pierwszej z tą różnica, że jako obudowę tunelu stosowano tutaj przeważnie cegłę
klinkierową. Ponadto oba tunele połączono w centralnej części kilkoma poprzecznymi chodnikami
(do dziś drożne pozostały trzy z nich) w celu ułatwienia wentylacji.
Kolejną i zarazem chyba najciekawszą kartę
w historii tego obiektu zapisano w czasie II wojny światowej. Z racji tego że pod ziemią
znajdował się już rozległy system połączonych ze sobą wyrobisk, który posiadał w sumie aż
pięć niezależnych wejść. Tunel kolejowy pod Włowcem stał się idealnym dla Niemców miejscem
do ulokowania tam schronu dla pociągów specjalnych. Nie zachowała się żadna dokumentacja z
tego przedsięwzięcia jednak świadczy o nim skala wykonanych prac. W odległości 345m od
wylotu południowego (starszego) tunelu od strony Wałbrzycha na odcinku 108m usunięto
oryginalną obudowę z bloków piaskowcowych a sam tunel poszerzono. W tak przygotowanym wyrobisku
postawiono bardzo masywną obudowę z żelbetonu - jego grubość sięga tutaj około 1,5m. Świadczy
o tym głębokość kanałów rewizyjnych systemu odwodnienia, które przecinają potężne betonowe
ściany. Jeżeli strop jest podobnej grubości to zanim wyrobisko zostało obetonowane hala
schronu musiała mieć przekrój rzędu 9 x 8m(!). W ten sposób przygotowany obiekt miał
zapewnić bezpieczeństwo dygnitarzom III Rzeszy a także strategicznym transportom
kolejowym w czasie ewentualnego nalotu. Bezpośrednio po wojnie podejrzewano że w tunelu
zostały ulokowane jeszcze inne wojskowe instalacje jednak nie udało się natknąć na żadne
ślady mogące świadczyć o ich istnieniu. Wiele lat później światło dzienne ujrzały
niemieckie dokumenty, które wiązały z lokalizacją w Masywie Wołowca tajną centrale
telefoniczną o kryptonimie S-3 "Rüdiger". Najciekawszą częścią tej dokumentacji jest mapka
na której znajdują się trzy okręgi - dwa mniejsze wewnątrz dużego, mniejsze okręgi
wskazują lokalizacje obiektów związanych z węzłem łączności "Rüdiger". Pierwsza
lokalizacja to rejon tunelu kolejowego pod Przełęczą Kowarską natomiast druga to okolica
tunelu kolejowego pod Masywem Wołowca. Nawet biorąc poprawkę na to że mapa jest małej
skali byłoby wyjątkowym zbiegiem okoliczności, jeśliby w dwóch przypadkach omyłkowo
wskazała akurat lokalizacje tuneli kolejowych. Jednak mimo tak mocnej przesłanki bardzo
ciężko było odnaleźć w terenie jakiekolwiek ślady tego obiektu. Największy sukces w tej
dziedzinie udało się
osiągnąć grupie badawczej "Troll". W
sierpniu 1996 roku na zachodnim stoku Małego Wołowca, kilkaset metrów od wylotu tunelu
kolejowego, kolegom z tej że grupy udało się zlokalizować a następnie udrożnić wylot
bardzo interesującego wyrobiska. Była to zamknięta solidnymi stalowymi drzwiami sztolnia
długości 40m, zakończoną komorą w spągu której znajdował się wylot zalanego szybu o
średnicy około 1,8m. Odkrycie to było niemałą sensacją w środowisku eksploracyjnym,
tajemniczy zalany szyb w bezpośrednim sąsiedztwie tunelu kolejowego, gdzie miał się
znajdować obiekt o kryptonimie S-3 "Rüdiger" rodził jednoznaczne skojarzenia. Czy jednak
prowadził do podziemnej centrali telefonicznej? Dzięki znacznym wsparciu również
zaangażowanego w tę sprawę Wojtka Stojaka grupa "Troll" podjęła się dalszych prac
eksploracyjnych w obrębie sztolni, w tym próby zbadania szybu z pomocą nurków. Jednak podczas
nurkowania okazało się że na głębokości około 15m szyb jest zatarasowany i niżej zejść
się nie da. Sprawa znów stanęła w martwym punkcje na wiele lat.
Z biegiem czasu tym tematem zainteresowaliśmy
się również i my w SGE, jednak rozwiązanie tej zagadki było nie małym wyzwaniem. Jak
pokazały wcześniejsze próby nurek w szybie nie jest w stanie wiele zdziałać, woda mąci się
bardzo szybko i o przebieraniu zatoru powstałego z belek i rumoszu niema mowy. Jedynym
wyjściem wydawało się osuszenie
szybu i oczyszczenie go na tyle, żeby
dostanie się do hipotetycznych bocznych wyrobisk stało się możliwe. I to też stało się
celem naszych prac, jednak zorganizowanie i przeprowadzenie takiej akcji pod
względem logistycznym i technicznym okazało się bardzo trudne. Przede wszystkim niezbędna
była wydajna pompa głębinowa żeby osuszyć szyb a także odpowiedni system bloczków, który
umożliwiłby wyciąganie z dołu drewnianych bel i skalnego gruzu. Kiedy wszystko udało się
już zorganizować i dokładnie zaplanować doszły nas słuchy że w sztolni coś się
dzieje. Okazało się że kiedy my dopinaliśmy wszystko na ostatni guzik jakaś inna ekipa
częściowo wypompowała wodę z szybu i przebiła zator na 15 metrze. Niżej szyb posiadał już
zachowany w bardzo dobrym stanie drewniany przedział drabinowy z podestami, a samo
wyrobisko udało się wtedy odwodnić do głębokości około 19m. Niestety w rezultacie dalszych
ich niezwykle nieudolnych, nieprzemyślanych a wręcz głupich działań "korek" z 15 metra
zamiast zostać delikatnie rozebrany i usunięty z szybu, został po prostu ordynarnie
zepchnięty w dół. Spadające w głąb szybu belki i kamienie prawie całkowicie zarwały wspomniany
wcześniej przedział drabinowy. Tony elementów drewnianej obudowy i skał runęły razem w dół a
następnie spoczęły na dnie szybu, na zawsze przekreślając szanse na łatwą i szybką
eksploracje tego miejsca. Po tym zdarzeniu dyletanci odpowiedzialni za tę
katastrofę odpuścili temat na jakiś czas, szkoda tylko że tak późno. Niezrażeni tą sytuacją
postanowiliśmy nie zmieniać własnych planów
i ostatecznie na przełomie 2008 i 2009 roku pojawiliśmy się pod sztolnią na Wołowcu.
Już na miejscu niemało czasu zeszło nam na przygotowanie całej operacji wypompowywania
wody z szybu. Najpierw poszerzony został ciasny wylot sztolni żeby usprawnić transport
sprzętu do środka, następnie na niewielkiej platformie stanęły generatory prądu. Dużej
mocy do zasilenia pompy i mniejszy do zasilania oświetlenia, w sztolni rozwinęliśmy wąż dla
pompy i kable zasilające. W komorze na końcu wyrobiska stanął reflektor halogenowy i wreszcie
kiedy w sztolni było już jasno mogliśmy przystąpić do najtrudniejszego zadania, mianowicie
opuszczenia pompy w głąb szybu. Nie było to proste, ponieważ do pompy opuszczanej na stalowej
lince podłączony był też wąż a także kabel zasilający. Wszystkie te ciągi musiały być
opuszczane równomiernie i wymagało to niemałej synchronizacji. Kiedy pompa spoczęła wreszcie
w okolicy dna mogliśmy zaczynać, chwile później z drugiej strony węża popłynął wartki strumień
wody. Wszystko zadziałało zgodnie z planem, jednak czekały nas teraz długie godziny zanim szyb
się odwodni. Kiedy zaczynaliśmy pompowanie lustro wody znajdowało się jakieś 5m poniżej
wylotu szybu a pompę osadziliśmy na głębokości 25m, aby lustro wody opadło do tego poziomu
trzeba było usunąć około 80m3 wody. W raz z upływem czasu spod wody zaczęły się wyłaniać
resztki zniszczonego przedziału drabinowego, miejscami zawieszone jeszcze na drewnianej konstrukcji
obudowy szybu. W końcu poziom wody
opadł na tyle że pompa zaczęła się zapowietrzać, wtedy szybko zjechałem na dół szybu
żeby opuścić ją niżej. Wpychając pompę głębiej pod wodę poczułem że zaczyna zahaczać
o jakieś elementy znajdujące się na dnie, co wskazywało że już niewiele nam brakuje. Kiedy
wyszedłem z powrotem do góry mogliśmy pompować dalej, ale niespełna dwie godziny później
pompa znów się zapowietrzyła. Na dnie nie było już wtedy widać błyszczącego w świetle
latarek lustra wody, tylko gąszcz drewnianych belek. Wyłączyliśmy pompę i dwie osoby zjechały
na dół, widok jaki tam zastaliśmy nie był przyjemny, dno szybu wypełnione było ogromną
ilością wymieszanych ze sobą belek, desek i połamanych drabin. Cały ten bałagan
zaczynał się już od głębokości około 25,5m i przypominał trochę wielkie poklinowane między
sobą bierki. Pompa leżała z boku szybu wciśnięta sporo między belki a lustro wody udało
się obniżyć ostatecznie do głębokości 27m. Niestety aby umieścić pompę głębiej i dokładniej
przyjrzeć się tej najniższej części wyrobiska, konieczne było choć częściowe oczyszczenie
dna szybu. Jednak dopiero stojąc na dole zdaliśmy sobie sprawę jak niesamowicie trudne
będzie to zadanie. Szyb miał prawie 30m, to tyle co 10 piętrowy budynek, a jego górne
partie pełne były zaklinowanych za drewnianą obudową kamieni i mniejszych desek które mogły
przy najmniejszym uderzeniu odpaść. Jasne stało się że podczas wyciągania czegokolwiek
do góry nikt nie może zostać na dole, dodatkowo namoknięte drewno na dnie było potwornie
ciężkie. Pomału docierało do nas że pomysł wyciągania tego wszystkiego ręcznie za pomocą
liny i systemu bloczków to czysta utopia. Niestety sprawa nas w tym momencie przerosła i
trzeba było to sobie jasno powiedzieć. Po wyjściu do góry podzieliliśmy się z resztą ekipy
naszymi przemyśleniami, po chwili burzliwej dyskusji postanowiliśmy że teraz kończymy,
ale nie poddajemy się i następnym razem wracamy z wyciągarką elektryczną.

Po zakończeniu akcji i dokładnym przemyśleniu
całej sprawy doszliśmy do wniosku że kolejnym naszym krokiem, powinno być przeprowadzenie
dokładnych pomiarów w celu ustalenia lokalizacji sztolni z szybem względem tunelu kolejowego.
Dzięki temu dowiemy się, jaką maksymalną głębokość może mieć szyb a także jak daleko znajduje
się od tunelu. Niedługo później znów spotkaliśmy się na Wołowcu, tym razem w celu
skartowania obiektu. Po wytyczeniu odpowiedniego ciągu azymutowego i wstępnej obróbce
danych przez naszego kartografa wszystko stało się jasne. Szyb znajdował się 140m od
wylotu tunelu i 30m na południowy-zachód od niego (plan nr 2). Natomiast różnica wysokości
pomiędzy spągiem sztolni, czyli poziomem
wylotu szybu a poziomem torów kolejowych w tunelu wynosi 29m. Tak więc szyb może mieć
nie więcej niż 29m głębokości, ponieważ spąg tunelu kolejowego jest poziomem
najniższego naturalnego odwodnienia i planowanie jakiegoś obiektu podziemnego w tej
okolicy poniżej tego poziomu byłoby niedorzeczne. Pomiary pokazały jak niewiele nam
zabrakło ostatnim razem i jak niewiele brakuje do rozwiązania tej zagadki, a to jeszcze
bardziej nas zmotywowało do działania. Ponadto udało nam się też natrafić w tunelu na
pewną ciekawostkę, w jego stropie odnaleźliśmy obrys zamurowanego piaskowcowymi blokami
otworu o beczkowatym kształcie. Natomiast na powierzchni w tym miejscu napotkaliśmy
sporą hałdę urobku, wszystko więc wskazuje że są to pozostałości po kolejnym
szybie. Wyrobisko najprawdopodobniej powstało w czasie budowy tunelu w celu szybszego usuwania
urobku, jednak po sondowaniu jego wylotu stalowym prętem szybik okazał się zasypany
(plan nr 3). W międzyczasie w sztolni znów kilka razy pojawili się nasi trefni "zmiennicy",
ci sami ludzie te same samochody. Próbowali osuszyć szyb ale jakoś nie bardzo to im szło,
w rezultacie tych swoich wycieczek całkiem już zarwali te resztki podestów które się jeszcze w
szybie uchowały. Zostawili też w sztolni przeraźliwą górę śmieci, naprawdę tylko kondomów
tam brakowało, szkoda słów. Nie zważając na ich poczynania zabraliśmy się za planowanie
i organizacje sprzętu do właściwej akcji oczyszczenia szybu. Samą
wyciągarkę udało się załatwić dość szybko,
potrzebne też było kilka worów jaskiniowych, w nich planowaliśmy transportować drobniejszy
gruz z dna szybu. Cała operacja zapowiadała się na bardzo skomplikowaną, więc
postanowiliśmy przeprowadzić ją wspólnie z wałbrzyskimi grotołazami a także Wrocławską
Grupą Eksploracyjną (Dream Team). Prace planowaliśmy prowadzić trzy dni bez przerwy,
najtrudniejsze w całym przedsięwzięciu okazało się ustalenie takiego terminu żeby
pasował członom wszystkich trzech ekip. W końcu jednak się udało i pod koniec wakacji
2009 roku w mocnym składzie po raz kolejny zawitaliśmy na Wołowcu, z silnym postanowieniem
rozwiązania zagadki do końca. Akcja zaczęła się w standardowy sposób, po etapie rozstawiania
całego sprzętu i wielogodzinnego wypompowywania wody dno szybu ponownie zostało osuszone
a my mogliśmy się wreszcie zabrać za montaż wyciągarki. Plan był taki że wyciągarką która
może udźwignąć naraz kilkaset kilogramów, będziemy transportować materiał z dna szybu a liną
osobę która będzie pracować na dole. Kiedy sprzęt był już gotowy na dnie znalazł się pierwszy
ochotnik i zaczęła się wreszcie zasadnicza część naszych prac. Na początku do góry powędrowały
duże belki i drabiny, kamienie i mniejsze deski były pakowane do worków jaskiniowych i tak
wysyłane do góry. Warunki pracy na dole nie należały do łatwych, wszystko leżało
poklinowane między sobą i dodatkowo oblepione
jeszcze śliskim błotem. Często niełatwo było wyswobodzić pojedynczy element żeby go
potem podpiąć do liny od wyciągarki. Uciążliwa okazała się również woda spadająca z wyższych
partii szybu, przez nią nie opuszczało nas uczucie jakbyśmy pracowali w ciągłym deszczu.
Jednak "załoga nadszybia" też nie miała lekko, przed każdym transportem urobku "dołowy"
musiał zostać ręcznie wyciągnięty liną prawie 30m do góry, nie należało to do lekkich zajęć.
Godziny mijały bardzo szybko, równie szybko rosła hałda wydobytego z szybu rumoszu i drewna.
Późnym wieczorem po zakończonej pracy przyszedł czas na grilla, piwo i odpoczynek. Nie
zabrakło też opowieści o zaginionych depozytach, eksploracji i dawnych przygodach, później
wszyscy zapadli w głęboki sen, bo rano czekała nas znów ciężka praca. Przez noc poziom wody
w szybie praktycznie się nie podniósł, więc rano mogliśmy kontynuować bez przeszkód. Schemat
pracy był niezmienny: załadunek, transport do góry i rozładunek, dzięki wielu takim cyklom z
biegiem czasu poziom dna szybu powoli, ale nieustannie się obniżał. W końcu ostatniego dnia prac,
kiedy czas przeznaczony na całe nasze przedsięwzięcie dobiegał już powoli końca. A boczny chodnik
którego tak zawzięcie szukaliśmy na dnie szybu dalej się nie pojawiał, przyszła pora na
ostateczne pomiary głębokości. Okazało się że obniżyliśmy dno szybu z poziomu 25,5 do
głębokości 27,5m na której znajdowało się również lustro wody. Natomiast z
wcześniejszych pomiarów położenia szybu względem
tunelu, wynikało że szyb nie może być głębszy niż 29m bo wtedy osiąga poziom torów kolejowych.
Czyli do dna szybu brakuje 1,5m przy czym standardowe wyrobisko ma 2m w szczególnych
przypadkach 1,8m wysokości. Więc jeśli od szybu odchodziłyby jakieś chodniki to już powinny
wystawać ponad poziom pozostającego jeszcze na dnie rumoszu. Kolejnym krokiem było sondowanie
dna szybu za pomocą stalowego pręta, pionowo w dół zagłębiał się na około metr, co zgadzało
się z naszymi przypuszczeniami co do głębokości szybu. Jednak wbijany pod kątem, tak żeby
zbadać głębiej ociosy szybu niestety nie napotkał żadnej pustki i uparcie zgrzytał o litą
skałę. W tym momencie zaczęła docierać do nas nieprzyjemna prawda, szyb okazał się po prostu
ślepy. Nie było złudzeń, nie było mowy o pomyłce, pozostało nam tylko pogodzić się z faktami,
zdemontować sprzęt i zakończyć akcję.
Rozpoczynając prace w tym miejscu liczyliśmy
na dotarcie do podziemnego obiektu z czasów II wojny światowej, o którego istnieniu
świadczyły zresztą całkiem mocne przesłanki. Niestety jak się okazało po oczyszczeniu
szybu nie prowadzi on do żadnych innych wyrobisk, można by więc uznać że nasza operacja
zakończyła się fiaskiem. Ale według mnie nie do końca, bo przecież przez wiele lat szyb
na Wołowcu spowity był gęstą mgłą tajemnicy. Powstawały na jego temat rozmaite teorie,
historie o skarbach i tajnych podziemnych instalacjach, wręcz miejscowe legendy, no i
wreszcie wiele osób zadawało sobie po prostu pytanie: "co tam jest?". I jaki by nie był
finał tej historii to jednak rozwiązaliśmy wielką zagadkę, która od dawna spędzała sen z
powiek wielu badaczom i eksploratorom. Jednak cały czas ciekawostką pozostaje, po co taki obiekt
został w ogóle wykonany? I z jakiego powodu bito szyb ze sztolni przebiegającej zaledwie
na głębokości 5-7m a nie bezpośrednio z powierzchni ziemi? Przecież takie rozwiązanie
byłoby na pewno prostsze i tańsze... Najprawdopodobniej wyrobiska te pochodzą z czasów
budowy pierwszego tunelu, czyli z II połowy XIX w. Stan szybu wskazuje dodatkowo, że prace nie zostały
zakończone a z jakiegoś powodu przerwane we
wczesnej fazie budowy. W związku z czym bardzo ciężko wnioskować jakie miało być
ostateczne przeznaczenie tej budowli. Na sam koniec warto poruszyć jeszcze jedną sprawę,
ostatnio czytając "Odkrywcę" a konkretnie numer 2/2011 natknąłem się na artykuł pod tytułem
"Veni, Vidi... Wołowiec" autorstwa Pawła Rodziewicza. Traktuje on ogólnie o temacie
tunelu kolejowego pod Wołowcem ze szczególnym uwzględnieniem naszego znajomego szybu.
Pomijając już dość niski poziom merytoryczny tekstu, zwrócił moją uwagę przewijający się przez
cały artykuł silnie zaznaczony przez autora wątek "badań" tunelu kolejowego pod Wołowcem,
a przede wszystkim szybu w sztolni nad tunelem. Miały być one prowadzone w latach 2008-2009
przez stowarzyszenie o nazwie: "Dolnośląskie Towarzystwo Historyczne", którego zresztą
Rodziewicz jest prezesem. Po tej lekturze zrozumiałem że ci osobnicy, których kilka razy
spotkaliśmy na Wołowcu, odpowiedzialni między innymi za zarwanie przedziału drabinowego w
szybie (o czym pisałem wcześniej) to osoby związane z DTH! Jednak to jeszcze nic, to zdanie Pana
Rodziewicza urzekło mnie najbardziej: "Udało nam się jednoznacznie wykluczyć istnienie
bocznych korytarzy w szybie nad tunelem, dzięki wypompowaniu wody oraz częściowemu usunięciu
zalęgających w nim pozostałości w postaci resztek obudowy i odłamków skalnych". Co by nie
mówić o DTH to tupetu im nie brakuje: najpierw zrujnowali unikatowe wyrobisko utrudniając jego
dalszą eksploracje, a potem opisali to jeszcze w prasie przypisując sobie dokonania innych,
słowem strzał w stopę w pięknym stylu. My mamy dość duży dystans do tej sprawy, bo Wołowiec
dla SGE to tylko epizod, wiele ich było i wiele ich jeszcze będzie. A panom z DTH proponuje
nabrać trochę doświadczenia i zrealizować jakiś swój projekt, bo uwierzcie, własne osiągnięcie
smakuje o wiele lepiej niż przypisanie sobie czyjegoś.
Aust
|